W drodze na ołtarze

W dniu 18 czerwca 1999 r. w milczącym skupieniu obecnych, Metropolita ks. Franciszek Macharski otworzył proces beatyfikacyjny śp. Janiny Woynarowskiej. Postulatorem diecezjalnym procesu został ks. dr Stefan Misiniec. W dwudziestolecie śmierci chrzanowskiej pielęgniarki, jej życie wypełnione heroizmem cnót ewangelicznych zostało wyniesione do godności miana Służebnicy Bożej. Ziemski czas wszedł w tajemnicę wymiaru ponadczasowego – wiążąc niebo i ziemię w jedność.

W niepełne trzy lata od rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego Służebnicy Bożej – Janiny Woynarowskiej, w dniu 24 kwietnia 2002 roku w Kurii Metropolitalnej w Krakowie ks. kardynał Franciszek Macharski podpisał dokumenty procesu beatyfikacyjnego związane z jej życiem i działalnością.

Proces na szczeblu diecezjalnym został zamknięty.

Zebrane świadectwa i pisma (około 1500 stron druku) zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej.

10 października 2007 roku – nastąpiła doniosła chwila: Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie otworzyła proces beatyfikacyjny. Relatorem został ks. dr Hieronim Fokciński, postulatorem ks. prałat Mieczyław Niepsuj – dyrektor Domu Papieskiego pracujący nad Positio wraz z ks. dr Markiem Rostkowskim – dyrektorem Biblioteki w Uniwersytecie Urbaniana w Rzymie.

W Chrzanowie nie gaśnie pamięć o Janinie – Służebnicy Bożej. W każdym miesiącu dnia 24. o godzinie 8-ej rano w kościele św. Mikołaja odprawiania jest Msza św. w intencji wyniesienia na Ołtarze Janiny Woynarowwskiej. Na jej grobie palą się lampki i składane są kwiaty przez wiernie pamiętających dobroć jej serca.

Życie pojęła poważnie

W Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki.

Ks. prałat Witold Kacz – Archidiecezjalny Duszpasterz Chorych w Krakowie – fragmenty tekstu kazania wygłoszonego na Mszy św. pogrzebowej:

Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać śp. Janinę, pożegnać ofiarą modlitw oraz bólu, żalu i licznych utrapień złożonych Bogu w ofierze i z ofiarą bezkrwawą Chrystusa Pana.

Żegnamy ją, którą dobrze znaliśmy. Bo któż jej nie znał, któż z was tutaj zgromadzonych nie zetknął się z nią? A przynajmniej, któż o niej nie słyszał w tym środowisku? A słyszało o niej także wiele innych środowisk, tak naszej Archidiecezji, jak i nawet w Polsce. Bóg powołał ją do siebie. Odwołał ją dosłownie z wiru pracy dla drugich, w której tkwiła do ostatniej chwili życia. A gdzież jej nie było? Jako pielęgniarka była w pełni zaangażowana w swoim zawodzie, który pojmowała jako powołanie. Znana była i w Polskim Związku Pielęgniarek ze swojego słowa i pióra, znana była w komórkach terenowej Służby Zdrowia czy to jako instruktorka, czy jako przełożona obwodowa, a przede wszystkim, jako pielęgniarka. Znana była w licznych komórkach terenowej Opieki Społecznej, jako opiekunka społeczna, jako kurator i jako współpracująca z Ośrodkiem Adopcyjnym. Oddana bez reszty zawodowi pracuje równocześnie w Kościele i dla Kościoła. Znają ją – także ze słowa, jak i z pióra – Wydział Duszpasterstwa Rodzin, a zwłaszcza narzeczeni i młode małżeństwa, znają ją Wydział Charytatywny, zwłaszcza chorzy i wszelka ludzka biedota i cierpienie. I to tak w Chrzanowie, jak i w całej Archidiecezji. Wybitnie zaznaczyła się w pracach Synodu Archidiecezji Krakowskiej.

I chociaż działała na tylu odcinkach pracy i tak bardzo wszechstronnej, jednak nigdy nie opuszczała dla wielkich spraw człowieka potrzebującego. Wręcz odwrotnie - właśnie potrzeby tego człowieka cierpiącego, opuszczonego, potrzebującego pomocy stawały się dla niej impulsem i natchnieniem dla szerszego działania, dla działania, w którym szukała pomocy tak prawnej, jak i pomocy ludzkiej; bo umiała angażować ludzi do pracy, ukazując im nie tylko materialne potrzeby człowieka, ale ukazując im również jego duchowe, moralne potrzeby. Bo zawsze widziała całego człowieka i całemu człowiekowi służyła z jego ciałem i duszą.

W swojej pracy była niejednokrotnie niezrozumiana, a nawet wręcz atakowana, szykanowana czy oczerniana od ludzi, czy to złej woli, czy też z innych względów nie chcących jej widzieć. Przez swoich, nawet przez bliskich była nieraz namawiana, aby zmieniła swój styl pracy "dla świętego spokoju". Ona jednak nigdy nie ustąpiła. Wśród zewnętrznych i wewnętrznych utrapień zawsze służyła człowiekowi całemu, służyła mu bezinteresownie, nie szukając żadnego poklasku, a tym bardziej jakichkolwiek zysków.

Dzisiaj możemy się zastanowić nad tym, co leżało u podstaw takiej jej postawy. Bo przecież trapiły ją jeszcze liczne i ciężkie choroby. Kilkakrotnie musiała leżeć w szpitalu, walczyć nawet o życie. A więc jakaś niespożyta siła witalna jej organizmu nie była jej pomocą, lecz wręcz utrudnieniem. Możemy zastanowić się, czy tą pomocą były jej wybitne zdolności, bo takowe miała. Ale wiemy o tym dobrze, że zdolności można wykorzystywać do osobistych celów, dla ambicji, dla stanowiska. U niej tego nie było. Na te doczesne osiągnięcia nie oglądała się, ani za honorami, ani za stanowiskami, ani za poklaskiem. I dlatego, że taką była, była dla wielu "nie do zdobycia ".

Ona całe swoje życie pojęła poważnie i przyjęła jako Boże powołanie. I całe swoje życie, razem z tymi Bożymi talentami i inteligencją i zdolnościami oddała się Bogu i to od lat dziewczęcych. Z prawdziwie świętym uporem szukała najlepszej odpowiedzi Bogu na Jego wezwanie skierowane pod jej adresem. I odpowiadała Mu coraz bardziej totalnie, bezkompromisowo. W Bogu szukała światła i mocy ducha dla swojego życia. Z całym spokojem można dzisiaj, gdy jej życie doczesne już się zamknęło, wskazać na zasadnicze źródła, w których się zanurzyła i z których czerpała Boga. Ukochała go ponad wszystko i On rozpalił ją tak czynną i wszechstronną działającą miłością na rzecz człowieka cierpiącego – wszak Bóg tak umiłował świat, że nawet Syna Swego Jednorodzonego wydał zań. Odnajdowała Boga w Ewangelii, której nigdy nie opuszczała, do której stale wracała i którą przyjmowała w siebie jako normę swojego życia – a przyjmowała naprawdę radykalnie a zarazem tak realnie. Dlatego tak podziwialiśmy jej realizm, życiowy a zarazem prawdziwie ewangeliczny radykalizm.