Dynamika pracy, dynamika duchowości

Dzień wypełniony pracą. Codziennie przed pracą Eucharystia święta i modlitewna adoracja Chrystusa na Krzyżu.

Janina Woynarowska w Mój Jezus Chrystus napisała: W życiu moim zajął pierwsze miejsce, jest dla mnie wszystkim (...) w codziennym przeżywaniu wiary, którą wyniosłam z domu rodzinnego, jako największy skarb, największe dobro.

Pielgniarka w służebnej postawie świadomego wyboru hojnie obdzielała chorych, samotnych i ubogich twórczymi znamionami jedności krzyża i pracy.

Jej dewizą życiową było ewangeliczne przesłanie: Kto mieszka we mnie, a Ja w nim, ten wiele owocu przynosi.

Pracę zawodową poszerzała o działalność społeczną i charytatywną. Była wszędzie tam, skąd przychodziły sygnały i czuła, że była potrzebna, wszędzie tam, gdzie mogła nieść pomoc. Nadal poszerzała swoje kwalifikacje.

W 1951 roku ukończyła kurs przetaczania krwi. Jej wyjątkowe zaangażowanie w zawód i sumienność zostają zauważone. 8 kwietnia 1951 roku Ministerstwo Zdrowia w Warszawie przyznało Janinie Woynarowskiej Odznakę za Wzorową Pracę w Służbie Zdrowia. Zjednywała sobie coraz większe uznanie wśród przełożonych, zwłaszcza wśród personelu lekarzy z którymi współpracowała. Doktor Kazimierz Lusiński napisał: (...) Niezwykła osobowość siostry Janiny, empatia w kontakcie z chorymi, zaleta świetnej współpracy w zespole dawały się odczuć już w pierwszych z nią kontaktach. Dysponowała bogactwem inteligencji i fachowości, kulturą pracy. Była darem dla Chrzanowa i nie tylko (...).

Obok zasłużonego szacunku pojawiały się przejawy zazdrości. Ludzie z głupoty i zawiści rzucali jej kłody pod nogi. Znosiła to z cierpliwością, chociaż obłuda, kłamstwo i chamstwo zawsze sprawiały ból. Ludzka słabość i chęć zagarnięcia zasług innych tylko dla siebie nie ma granic. Dnia 17 stycznia 1953 roku Rada Państwa nadała Janinie Woynarowskiej Medal X-lecia za zasługi w pracy pielęgniarskiej.

Niebawem spadł kolejny dotkliwy cios – 2 lipca 1953 roku umarła matka, Maria Woynarowska. Na pogrzebie Janina zasłabła i zemdlała. Wezwana karetka pogotowia odwiozła chorą do szpitala. Od lat cierpiała na chorobę wrzodową żołądka – nastąpił ponowny atak, krwotok. W dowodzie osobistym miała wpisaną grupę krwi (ORH-), na wypadek koniecznej transfuzji ratującej życie. W szpitalu otoczona opieką medyczną i pielęgniarską wracała do utraconych sił. Interesowała się innymi chorymi na sąsiednich łóżkach i w salach. Jej uwagę zwróciła młoda dziewczyna od wielu tygodni przykuta do łóżka po operacji nogi. Przychodziła do niej z uśmiechem, aby pomóc w codziennej toalecie, a potem uczyć stawiania pierwszych kroków na rozpostartym na podłodze kocu. Tą chorą była pisząca te słowa. Obok leżała mała dziewczynka Marysia, która była po operacji wyrostka robaczkowego. Jej stan był ciężki – zapalenie otrzewnej. Cierpiała, płakała dzień i noc, cały czas czuwała nad nią zrozpaczona matka. Janina widząc jej przemęczenie wyręczała ją, aby ta mogła odpocząć. Kiedy Janina brała dziewczynkę na ręce mała przestawała płakać i była spokojniejsza. Dla Marysi nie było ratunku. Umarła na rękach Janiny Woynarowskiej. Dla rozpaczającej matki Janina była wsparciem, pomogła w wielu przykrych sprawach związanych z załatwieniem pośmiertnych formalności. Obie panie bardzo zbliżyły się do siebie. Znajomości zawarte przy szpitalnych łóżkach przerodziły się - w obu przypadkach - w przyjaźń całego życia.

Janina Woynarowska po powrocie ze szpitala do pustego domu – już bez ukochanej matki, która zawsze oczekiwała na córkę wpatrując się w okno – poczuła się boleśnie osamotniona. Była sama, ale nie samotna – to tajemnica posiadania głębokiej i żywej wiary. Po latach powstał sercem napisany jeden z najpiękniejszych wierszy:

Nie urodziła, ale dała Miłość,
którą otuliła na zawsze bezbronną, sierocą istotę•
W swoje życie zaprosiła,
swoim życiem się podzieliła – czuwając dzień i noc gotowością czułych rąk.
Światłem pogodnych spojrzeń rozpraszała lęk dziecięcego serca,
które ...
Nieustającą pieśń śpiewa – Mateńko...

Janina Woynarowska nie chciała założyć rodziny, inaczej odczytała drogę swojego życia. Oświadczyny lekarza, który pragnął jej pomagać i pragnął ją wspierać w trudach życia – znał je bowiem – odrzuciła na zawsze. Napisała: (...) Moja samotność jest oddana drugiemu człowiekowi, znajdującemu się w potrzebie (...) i czas, którym rozporządzam, oddając do dyspozycji słabym i cierpiącym (...).

Rok 1953 był przełomowy w życiu Janiny Woynarowskiej. Nawiązała kontakt z ks. Witoldem Kaczem z Krakowa, wcześniej już znanym z czasów ,,żywego Różańca Dziewcząt" w Chrzanowie – był ich rekolekcjonistą. Represjonowany przez Służby Bezpieczeństwa PRL i osadzony w więzieniu powrócił z trwałym kalectwem nóg. W Krakowie w tym czasie istniał – w utajnieniu – Instytut Świeckich Konsekrowanych Chrystusa Odkupiciela Człowieka. Ks. Witold Kacz był jego przełożonym i ojcem duchowym. Do Instytutu – po ślubach okresowych lub wieczystych mogli przystąpić gotowi pełnić apostolstwo świeckie dokonujące się w warunkach normalnej codzienności, ale zgodnie z surową regułą obowiązującą świeckich konsekrowanych. Mogli nadal pracować w swoich zawodach stosownych do wiedzy i wykształcenia. Janina Woynarowska przygotowywała się duchowo do podjęcia wielkiej i trudnej decyzji.

W 1953 roku Janina Woynarowska oddała czerwoną legitymację i przestała być członkiem partii komunistycznej PZPR. Pozostała przy Lidze Kobiet – organizacji parapolitycznej, która była w jakiejś mierze użyteczna w niesieniu pomocy ludziom potrzebującym. Wnioski Janiny Woynarowskiej były rozpatrywane pozytywnie – a było ich wiele. Zgłaszała każde braki i potrzeby ubogich rodzin, w których wszystkiego brakowało: chleba, mleka, lekarstw i opału. Niejednokrotnie potrzebne były natychmiastowe remonty mieszkań. Dzieci nie miały butów, okryć, książek i zeszytów. Stale chorowały, więc konieczne były wyjazdy na leczenie do sanatorium. Inne dzieci mające problemy z nauką i nie otrzymujące promocji do klas następnych potrzebowały korepetycji. W latach 50-tych i 60-tych zarejestrowanych było aż 50 rodzin, popadłych w nędzę z powodów losowych, a także z nieodpowiedzialności i zwykłego lenistwa. Były też rodziny patologiczne, wyniszczone alkoholizmem i innymi nałogami. Te rodziny były najtrudniejsze. Nieprzystępne, wulgarne, zamknięte na przejawy dobra, odpychające wyciągniętą, pomocną dłoń. Janina Woynarowska zastraszana – mimo wszystko – pukała do drzwi i takich rodzin. Przede wszystkim bolała nad nędznym życiem dzieci – odsuniętych od Boga, od nauki, od normalności życia w spokoju. Wiele dzieci z tych rodzin nie było nawet ochrzczonych. Długo pracowała nad zgodą rodziców, a kiedy takie przyzwolenie otrzymała, stawała się często dla tych dzieci chrzestną matką. Ona miała w Chrzanowie największą ilość chrześniaków. Pamiętała o nich i obdarowywała drobnymi upominkami – książkami, zeszytami, słodyczami. Zubożałe rodziny zamieszkiwały stare, zniszczone kamienice, do których przez ciemne bramy strach było wejść. Ona wchodziła, niosła dobro swojego serca. Znała słowa Brata Rogera z Taize i wcielała je w czyn: Twoja modlitwa nabiera pełni, gdy stanowi jedno z twoim trudem. Nie lękała się trudu, znała jego ciężar i sama go sobie nakładała.

Wielorakiego rodzaju była pomoc świadczona przez Janinę Woynarowską osobom samotnym i całym rodzinom. Józefa Ryś zapisała: (..) Pochodzę z licznej rodziny zubożałej na skutek nieodpowiedzialności ojca zniszczonego przez alkoholizm. Często głodowałam, nie miałam nawet na czym spać. Narastał we mnie żal. Myślałam o samobójstwie. Pewnego dnia zapukała do naszej rodzinnej biedoty Janina Woynarowska. Wniosła nadzieję, stała się moim Aniołem Stróżem. Przynosiła ze sobą różne rzeczy, sweterki, buciki, kurteczki – wszystko pasowało. Kiedy miałam 13 lat – wystarała się dla mnie o pracę, odprowadzałam troje dzieci do przedszkola, za pieniądze zapracowane mogłam kupić zeszyty i książki dla siebie i mojego rodzeństwa. Postarała się, abym miała na czym spać. Ustawione w kąciku łóżko stało się miejscem własnym do spokojnego snu (...).

Helena Chłopek wspomina: (...) Był rok 1953, godzina 22.00, synek dusił się w ataku astmy. Wzywałam o pomoc do Boga. Ktoś zapukał do drzwi, w progu stała Janina Woynarowska. Skąd wiedziała, że jest potrzebna? Po zastrzyku – zawsze miała przy sobie pełną torebkę lekarstw – maleńki synek zasnął, a ja wiedziałam, że to Bóg ją przysłał. Janina została jego chrzestną matką (...). Pomagała bezinteresownie. Bez wyjątku każdemu, kto pomocy potrzebował. Byłam świadkiem, kiedy spieszyła do osoby, która wcześniej ją skrzywdziła złym słowem czy pomówieniem. Potrafiła przebaczać(...).

Sama o sobie napisała: (...) Znajomość zaczęła się jak zwykle przy robieniu zastrzyków. Małżeństwo starsze, bezdzietne. On ateista, ona Żydówka. Jego choroba ciągnęła się latami w oddaleniu od Boga. Drogą zbliżenia do Boga było – myślę – apostolstwo dobroci i cierpliwości. To trwało kilka lat. Przyszedł wreszcie moment, kiedy w tym domu zjawił się z kapłanem – Chrystus. Komunikowali oboje. Mężczyzna zaopatrzony odszedł spokojny w przyszłe życie (...).

Najpierw duch a potem ciało – zwykła mówić wstępując w dom ludzi wierzących i obojętnych, a nawet wrogo nastawionych na najwyższe dobro życia, może nieświadomych tego dobra. Apostolstwo dobroci i cierpliwości świadczone w każdym przypadku i dla każdego - owocowało dobrem. (...) Światłem i ciepłem jest dobro, ale aby czynić dobro, trzeba być dobrym (...). Myśli Janiny Woynarowskiej są jak perły nieprzemijającej urody, ale w przypadku słów lepiej powiedzieć - nieprzemijającej mądrości.