Patronka dla partyjnych

Sylwetka

– Wiem o niej coś, co księdza zasmuci – powiedziała do telefonu Lucyna Szubel. Ks. Stefan Misiniec poczuł przygnębienie, ale pomyślał: „Cóż, to aniołowie są bez grzechu, ludzie i święci grzeszą”.

Gdy ks. Misiniec w 1992 r. objął parafię św. Mikołaja w Chrzanowie, wierni opowiedzieli mu o nieżyjącej pielęgniarce Janinie Woynarowskiej. Misińcowi zaczęła przypominać Brata Alberta, porównywał ją do „Siłaczki” Żeromskiego i został postulatorem w jej procesie beatyfikacyjnym.

Dla wielu mieszkańców Chrzanowa Woynarowska jest ikoną. W mieście, przy kościele św. Mikołaja, biegnie ulica jej imienia, a w samej świątyni wisi jej portret. Ludzie za jej wstawiennictwem wypraszają łaski.

Lista zasług Woynarowskiej jest długa. Miała najwięcej chrześniaków w mieście: dzieci z biednych i patologicznych rodzin. Założyła dom samotnej matki, w czasach PRL organizowała wyjazdy rekolekcyjne, nauczała o naturalnych metodach planowania rodziny. Chrzanowianie zapamiętali przygarbioną sylwetkę przemykającą ulicami miasta: w sążnisty mróz i ulewę śpieszyła do chorych. Jej twarz wykrzywiał grymas cierpienia: uskarżała się na wrzody żołądka i kręgosłup.

Ślady

Lucyna Szubel poznała Woynarowską w chrzanowskim szpitalu. Był 1955 r., upalne lato, powietrze gęste, zaduch. Szubel, wówczas młoda dziewczyna, odzyskiwała siły po operacji nogi. Ponad 40 lat później zredaguje książkę wspomnieniową „Służebnica Boża Janina Woynarowska”.

Szubel: – Potrzebowałam transfuzji, pielęgniarkom nie udawało się wkłuć w moje żyły. Podeszła Janina, uśmiechnęła się, lęk przed igłą ustąpił, a po chwili do moich żył płynęła cudza krew.

Woynarowska przychodziła na salę Szubel codziennie, czesała jej włosy. Przyjaźń przetrwała ponad 20 lat, aż do śmierci pielęgniarki.

Późna jesień, słota 1979 r., Woynarowska odwiedziła Szubel w domu: – To był rytuał. Przychodziła do mnie rano, wracając z Mszy. Codziennie w niej uczestniczyła, modliła się, leżąc krzyżem na posadzce kościoła.

Tamtego jesiennego dnia Woynarowska przyniosła przyjaciółce swoje wiersze, westchnęła, że marzy jej się opublikowanie choć jednego tomiku. Piły kawę. Kilka dni później jakiś dziwny głos będzie męczyć Szubel i nakazywać jej spotkanie z Janiną. Właśnie tego dnia Woynarowska zginie w wypadku samochodowym.

Szubel po latach postanowiła spełnić marzenie przyjaciółki i zaniosła wiersze ks. Misińcowi. A potem zaczęła podążać po śladach przyjaciółki, kompletując wszystko, co jej dotyczyło. Odkrywała nowe fakty.

Piękna inaczej

Woynarowska była dzieckiem adoptowanym. Jako dorosła kobieta znajdzie grób biologicznej matki. Jako dziewczynka wiedziała tyle: urodziła się w Piwnicznej w 1923 r.

Woynarowscy mieszkali w chrzanowskim dworku przy ul. Henryka, ojciec był lekarzem. Matka miała wybrać do adopcji właśnie Janinę, ponieważ zapowiadało się, że dziewczynka wyrośnie na piękną kobietę. Dom był otwarty, opływał w dostatek. Spokój przerwała wojna: Janina, na rozkaz Niemców, musiała kopać rowy przeciwlotnicze i pilnować słupów telegraficznych.

Szubel: – Była wątłej postury i słaba, Niemcy naigrywali się z jej braku urody. Jeden powiedział: „Jakbym mógł, to bym cię zastrzelił”. Inne dziewczęta zagadywały Niemców, by Janina mogła się napić wody i chwilę odsapnąć.

Wbrew pragnieniom matki, Janina nie była ładna. Miała bardzo pociągłą twarz, mocne zęby, garbiła się. Za kilka lat dzieci przekraczające próg przychodni będą uciekać wystraszone fizjonomią pielęgniarki. Pewna lekarka będzie postulowała, by osoba o takim wyglądzie nie miała do czynienia z dziećmi.

Lucyna Szubel: – Jej wygląd mógł szokować. Z Janiną trzeba było się oswoić.

Barbara Janeczek, przyjaciółka i współpracowniczka Woynarowskiej: – Wiedziała, że nie ma urody. Unikała obiektywu, mam w szufladzie zaledwie kilka jej fotografii, czasem tylko połowa twarzy wychyla się zza czyichś pleców. Ale miała przyjemny tembr głosu i pięknie się wysławiała – mówiliśmy o niej „złotousta Jasia”. Oczy miała o barwie dojrzałego kasztana w czarnej oprawie.
Na obrazie, który zawiśnie wiele lat później w chrzanowskim kościele, Woynarowska nie jest ani brzydka, ani ładna. Uśmiechnięta wśród kwiatów.

Lucyna Szubel: – To Janina wysublimowana, już w niebie.

Zbigniew Mazur, dyrektor Muzeum w Chrzanowie: – Artysta wydobył z niej wewnętrzne piękno.

Ulegli notable

Woynarowska uchodziła w Chrzanowie za osobę, której wszystko udaje się załatwić.

Janeczek: – Partyjnych notabli owijała sobie wokół palca. Była znana i za życia uważana za świętą.

Przyjaciółka i współpracowniczka Woynarowskiej wspomina, jak mówiła uprzejmym głosem do telefonu: „Mam tu starszą kobietę, co marznie, przydałby się węgiel”. Wywrotka z nieodległej kopalni startowała wyładowana surowcem.

„Mam tu bezdomnych, chorych na kiłę, odmawiają poddania się leczeniu”. Bezdomnych odpowiednie służby doprowadzały do szpitala.

„Potrzebuję kartek na mleko dla biednych”. Kartki dostawała.

Po śmierci Woynarowskiej Lucyna Szubel porządkowała dokumenty, które zostały po przyjaciółce. Znalazła wśród nich informację, że Woynarowska należała do PZPR. Wtedy zatrwożona zadzwoniła do ks. Misińca.

Informacja o „grzechu” pielęg­niarki zszokowała jej przyjaciół i nie znalazła się w żadnym z materiałów przygotowanych na jej temat.

Szubel: – Janiny zasług nic nie przekreśli. Ale ten partyjny epizod mnie zasmucił, bo ludzie zaczną o niej źle mówić. Nieraz słyszałam, jak gadali: „Taka święta, a tak zginęła, nagle”.

Ks. Misiniec: – Przynależność partyjna była grzechem. Choć wielu społeczników dało się uwieść ideom socjalizmu, wielu świętych grzeszyło i wstępowało na poprawną drogę. Proces trwa, jeśli jeszcze coś wyjdzie, można go zablokować.

Teczka

Teczka personalna Woynarowskiej to ponad 100 pożółkłych dokumentów. Wśród nich odręcznie napisany życiorys i wypełniony kwestionariusz osobowy. W rubryce nr 17 – przynależność do organizacji politycznych – Woynarowska odnotowała, że należała do PZPR w latach 1947–1953. Warto zauważyć, że partia powstała dopiero w grudniu 1948 r., po złączeniu PPS i PPR. Przyjaciele pielęg­niarki wysuwają tezę, że być może Woynarowska należała do PPS i została automatycznie włączona w szeregi nowo powstałej partii. Dlaczego nie wystąpiła od razu, zdecydowała się na ten krok dopiero w 1953 r., kiedy umarł Stalin, ale nic jeszcze nie zapowiadało odwilży? Tego nie wiadomo.

Na podstawie teczki można prześledzić karierę zawodową: od kwietnia 1940 r. do kwietnia 1945 r. pracowała u ojca jako „siła kancelaryjno-sanitarna”, w 1945 r. rozpoczęła pracę w służbie zdrowia. W 1956 r. została przełożoną pielęgniarek Przychodni Obwodowej w Chrzanowie. W teczce są odpisy dyplomów, zaświadczenia o odbytych kursach. Informacja, że należała do Polskiej Ligi Kobiet.

W 1969 r. – rok po inwazji wojsk radzieckich na Czechosłowację Woynarowska podpisała deklarację, że będzie „przyczyniać się ze wszystkich sił do ugruntowania ustroju socjalistycznego i obronności PRL”.

Tego samego 1969 r. jej przyjaciółka Barbara Janeczek wróciła z wczasów w Bułgarii. W przychodni wszyscy mieli grobowe miny.

Janeczek: – Zapytałam „co się stało” i usłyszałam, że Jasię zwolnili ze stanowiska pielęgniarki powiatowej. Odebrało mi mowę. Po tylu latach nienagannej pracy wywalić człowieka na bruk? Za co?
Woynarowską zwolniono dyscyplinarnie: zawiozła karetką pogotowia dwie zakonnice i umierającą staruszkę do sanktuarium w Trzebini.

Szubel: – Ta chora kobieta, której amputowano nogę, tylko karetką mogła trafić ostatni raz do świątyni, kilka dni później umarła.

Janeczek: – W Chrzanowie wszyscy wiedzieli, że Jasia wpadła dzięki donosowi, wiedzieliśmy też, że donosicielką była jedna z pielęg­niarek.

Na rozprawę w sprawie przewinienia Woynarowska przyszła ubrana na galowo, przypięła wszystkie ordery, jakie otrzymała podczas 25 lat pracy.

Zarzucono jej „wykorzystywanie karetek pogotowia do celów innych, niż wpisuje to w celu wyjazdu. Przykładowo: wozi chorych na rekolekcje do Kościoła”.

Pielęgniarka odparła: „Kierowałam się sercem i ludzkim poczuciem humanitaryzmu”. I zwróciła się o odpuszczenie winy: „Proszę o darowanie przewinienia w związku ze zbliżającym się 22 lipca i mającą nastąpić amnestią z okazji 25-lecia Polski Ludowej, oraz biorąc pod uwagę dotychczasową nienaganną opinię, jak również wkład pracy w rozwój socjalistycznej służby zdrowia”.

Winy nie darowano, ale karę złagodzono: Woynarowska nie trafiła na bruk.

Janeczek: – W Chrzanowie organizowała się poradnia laryngologiczna, wraz z lekarzem, który miał ją prowadzić, postanowiliśmy, że Jasia będzie w niej pracować.

W mieście można też usłyszeć głosy ludzi nieprzychylnych Woynarowskiej. Mówią, że pielęgniarka chodziła niestarannie ubrana, że bywała opryskliwa, swoje obowiązki służbowe zrzucała na innych, bo wciąż się śpieszyła. Komuś miała kazać zapłacić za medyczną przysługę.

– Pewnie miała czasem zły dzień i mogła być nieprzyjemna, ale była świadoma swoich błędów, dlatego chodziła do spowiedzi i komunii – opowiada ks. Misiniec. – Kiedy słyszałem, jak ludzie mówili o niej źle, zawsze pytałem: „Czy nie przydałby się ktoś taki w tych czasach?”.

Dyrektor Mazur długo wymienia zasługi Woynarowskiej. Nie znał jej osobiście, ale wraz z rodziną co roku uczestniczy w wieczorach poezji jej poświęconych. Kiedy jest przy końcu listy, stwierdza: – I dla rzetelności należy dodać, że była w PZPR. Ale było wielu świętych, którzy grzeszyli i nawracali się.

Oprócz teczki personalnej po Woynarowskiej zachowały się jej pisma i przemowy. We wszystkich wystąpieniach są odwołania religijne.

Odrzucony

Barbara Janeczek dziś jest emerytką. Wygląda młodo, jest radosna. Woynarowska była dla niej więcej niż przyjaciółką. Jej córkę przyprowadzała ze szkoły, często bywała w domu.

Janeczek: – Jasia była religijna i oddana innym, ale przy tym była normalną kobietą. Człowiekiem z krwi i kości. Umiała kozaka zatańczyć. Hulała przy ognisku, kiedy piekłyśmy ziemniaki i kiełbasę.

Jednak o założeniu rodziny Woynarowska nie myślała, wstąpiła do jednego ze świeckich zakonów. Szubel wspomina, jak kiedyś w jej domu złożył wizytę znajomy lekarz. Siadł na kanapie w zakłopotaniu i wyznał: „Jak mnie wkurza, kiedy ludzie mówią, że Woynarowska jest brzydka. Dla mnie jest piękna, chciałem się z nią ożenić. Nie zostałem przyjęty”.
Lucyna Szubel 24 listopada 1979 r. słyszy ten wspomniany już głos Janiny. Nie może jej odwiedzić, jest w Żywcu. Przyjaciółki widziały się kilka dni wcześniej w przychodni. Woynarowska stała pochylona nad probówkami.

Szubel: – Wyglądała wyjątkowo ładnie, chyba właśnie taką promienną widział ją podkochujący się w niej lekarz. Powiedziałam jej o tym, a ona odparła, że w nocy strasznie cierpiała, nie dał jej spać ból kręgosłupa. Stwierdziła, że jest gotowa umrzeć.

Janeczek: – Spotkałam Jasię po południu 24 listopada, była paskudna pogoda, ona wybierała się do Krakowa do domu samotnej matki, którym się opiekowała. Dziwiłam się, że chce jej się jechać w taką słotę.

Auto wiozące Woynarowską i lekarkę wpadło w poślizg. Kierowca przeżył, lekarka zmarła na miejscu. Woynarowska żyła jeszcze kilka godzin, ale nie odzyskała przytomności.

Chrzanów pogrążył się w żałobie. Na pogrzeb pielęgniarki przyszły setki ludzi, kościół ich nie pomieścił. Przemawiał bp Jan Pietraszko: „Była prawdziwa przed Bogiem i taka sama przed ludźmi, i taka właśnie szukała co dnia potrzebującego człowieka, człowieka zagrożonego, cierpiącego, a poprzez obecność przy człowieku, poprzez pomoc wieloraką wypowiadała codziennie swoją wiarę, swój chrześcijański stosunek do świata i swoją miłość do Boga”.

Proces beatyfikacyjny otworzył kard. Franciszek Macharski w 1999 r.

Mazur: – Teraz wszystko w rękach Komisji Historycznej w Rzymie. Niestety, Polak nie jest już papieżem.

Janeczek: – Ja nie mam wątpliwości, że Jasia była święta. Nigdy nie myślała o sobie, zawsze o innych. Wszystkim się dzieliła. Nie udało mi się spotkać drugiego takiego człowieka. Nieraz jak mam zmartwienia, Jasia przychodzi do mnie w snach i daje rady.

Misiniec: – Jak skończy się mówienie o lustracji, to nie będzie się już pamiętać o tym, że Woynarowska była w partii. Kto dziś rozpamiętuje, do jakich organizacji przynależeli bohaterowie powstań z XIX w.? Są bohaterami i tyle. A może Woynarowska mogłaby zostać patronką partyjnych? Tylko niech uważają, bo jest bardzo wymagająca.

Małgorzata Nocuń

http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1546,1462579,1,dzial.html